Kategorie: Wszystkie | Knajpki | Książki | Pomysły i przepisy
RSS
środa, 09 stycznia 2008
Na tropach czekoladowego tortu



Dziś będzie przedurodzinowo, bo zbliża się powoli miesiac Wodnika, czyli z jednej wodnikowej imprezy urodzinowej na drugą. Uświadomiłam to sobie wczoraj, gdy po drodze z Galerii Centrum do Herba Thei Iokepine z wyraźnym oburzeniem w głosie oznajmiła, że kilka osób zabrało sobie tort, który dla niej upiekłam. Popatrzyłam się na nią zdziwiona, bo, w sumie to urodziny ma dopiero za dwa tygodnie i ja dopiero planuję, co dobrego upiec w tym roku, a przede wszystkim - jak można kilka razy ukraść jeden tort? Okazało się, że można! Otóż czekoladowy tort z zeszłorocznej imprezy został uroczyście sfotografowany i wrzucony na mojego drugiego bloga (Magiczny Kociołek). Tam spodobał się kilku osobom i... fotka powędrowała w świat. Można ją obejrzeć np. tutaj i tutaj.

Niezbyt to ładne, że ktoś bez pytania poczęstował się cudzym urodzinowym tortem! No przecież ani Wodnik, ani Lwica nie odmówiłyby złaknionemu kawałeczka wirtualnego tortu. Pozostaje nam pocieszać się, że jesteśmy sławne, bo byle czego się nie kopiuje.

Fakt podwędzenia tortu zadrasnął mi dodatkowo ambicję: trzeba będzie wymyśleć jakąś ekstrawagancką dekorację. Wszak paparazzi szaleją! Jeszcze tort wyląduje na Pudelku z komentarzem, że Dori udekorowała tort tak samo, jak rok temu. Dla Lwicy z ambicjami kulinarnymi to równie straszne, jak włożenie na rozdanie Oscarów dwa razy tej samej sukienki!

Poza tym, meritum, czyli krem do tortu, też stwarza problemy. Wprawdzie Wodnik, któremu patronuje rewoucyjny Uran, jest mimo wszystko znakiem stałym i na pewno nie obrazi się, jeśli tort znowu będzie czekoladowy, ale wypadałoby coś w nim zmienić. Owocowe kremy odpadają, bo jubilatka za nimi nie przepada i ku mojej rozpaczy nie przekonała jej nawet propozycja wytwornej klasyki, tj. tortu czekoladowo-wiśniowego. Tort śmietanowy byłby pyszny, ale wydaje się nieco zbyt banalny... Zastanawia mnie przepis, który znalazłam w najnowszej "Kuchni" (to magazyn, którym zaczytuję się już trzeci rok - pierwszą roczną prenumeratę dostałam na Gwiazdkę od mojej ukochanej chrzestnej, drugą i trzecią od rodzonej matki - jedne z najlepszych prezentów w moim życiu). Bezowy tort z Baileysem - uwielbiam wariacje cukiernicze na bezowych spodach, a ostatnio chodził za mną właśnie tort z moim ulubionym likierem, więc rozważam intensywnie tę opcję, zwłaszcza że nie tylko ja go uwielbiam. Choć ta opcja jest niebezpieczna: Baileys zostanie wypity, zanim zdąży trafić do wnętrza tortu... Z doświadczenia wiem też, że z kremem kawowym bywa różnie - ma swoich wielbicieli i przeciwników, więc część gości zostałaby pozbawiona przyjemności konsumpcji. Lepiej nie ryzykować. Myślę intensywnie dalej...

Gadu gadu o tortach, czas wyjawić wstydliwą tajemnicę. Mam w horoskopie bardzo mocnego Neptuna w 11 domu i źródłem mojego nieustajacego i głęboko skrywanego stresu jest fakt, że wszyscy moi przyjaciele i bliżsi znajomi są utalentowani artystycznie. Śpiewają, fotografują, rysują, piszą wiersze i powieści, tworzą przepiękną biżuterię itd., itd., a ja nic. Zero talentu do czekokolwiek. Śpiewać nie umiem, choć uwielbiam (zwłaszcza, gdy sama siebie nie słyszę - muszę się ciągle pilnować ze słuchawkami na uszach w środkach komunikacji miejskiej), rysować potrafię najwyżej wyszczerzające zęby w uśmiechu koślawe słoneczka, a fotografować u cioci na imieninach. No dobra - gdzies w odmętach mojego biurka spoczywają fragmenty powieści, którą może kiedyś wydam, oczywiście jak tylko dopiszę jakąś zgrabną fabułę do gotowych już scen erotycznych. Płaczę na ten temat od jakiegoś czasu ze wzmożoną aktywnością i pasę uszy zaprzeczeniami: ależ deser czekoladowy, ależ tort, ależ mazurki, to jest sztuka! Poweselałam więc i chyba w końcu dałam się przekonać, że efekty moich kulinarnych prób wywołania okrzyków zachwytu u beisiadników to też sztuka. Co prawda moich ciast i sałatek nikt nie będzie w muzeum podziwiał, ale może to i lepiej, bo one zawsze smakują lepiej, niż wyglądają... A sztuka użytkowa też się liczy! Konkluzja jest taka, że w poczuci misji uszczęśliwiania świata będę Was ze zdwojonym entuzjazmem karmić, moje artystyczne robaczki :)


diabelski czekoladowy tort, czyli karta Diabeł z talii Housewives Tarot



poniedziałek, 07 maja 2007
Historia nadziewanej papryki



Pewnego dnia zaprosiłam gości: stałą ekpię czarownic, czyli Anahellę, Iokepine i Panią.Jazz. Ponieważ wszystkie trzy zaproszone nie jedzą mięsa, musiałam wymyślić coś wegetariańskiego i nowego, bo oczywiście punktem honoru jets podać za każdym razem coś innego! Raz dałam się tylko uprosić na podanie dwa razy pod rząd trójwarstwowego musu z czekolady gorzkiej, mlecznej i białej, ale to była wyjątkowa sytuacja - jak mus, to mus!

Ponieważ wskutek zbiegu okoliczności nie miałam czasu na większe zakupy, a tylko przytomnie kupiłam wcześniej kilka papryk i bakłażanów, zamiast wpadać w desperację rozejrzałam się czujnie po lodówce i szafce z zapasami, znalazłam cebulę, słoik z pozostałościami czarnych oliwek, paczkę ryżu, przecier pomidorowy i dwa opakowania fety. Papryki zostały więc przekrojone na pół, nadziane masą z ugotowanego ryżu, wymieszanego z sosem pomidorowo-bakłażanowym i posypane czarnymi oliwkami i pokrojoną w kostkę fetą. Resztki nadzienia , którego oczywiście wyszło więcej, niż dało się upchnąć w papryki, wylądowały na blasze albo od razu w żołądku podczas intensywnego testowania paprykowego eksperymentu. Całość została zapieczona w piecyku.

Niestety, wskutek rozmaitych perypetii (awarie mioteł i te sprawy), na spotkanie doleciała tylko Iokepine i we dwie spałaszowałyśmy ze smakiem mój eksperyment. Pozostałe wiedźmy niech popatrzą na zdjęcie i pożałują, co straciły, zwłaszcza pewna wielbcielka bakłażanowego sosu!



Faszerowana papryka zapiekana z fetą
piątek, 04 maja 2007
Wspomnienia po mazurkach


W Magicznym Kociołku malo sie ostatnio działo, co nie znaczy, że nie miałam czasu mieszać w nim chochlą. Na pichcenie zawsze jest czas, gorzej z pisaniem o nim. Dziś porzadkując pliki na komputerze znalazłam zapomniane zdjęcia moich pysznościowych wielkanocnych mazurków - jeszcze mi ślinka cieknie na ich wspomnienie, a dżinsy wciąż uciskają po świątecznym obżarstwie.
Mazurki były trzy, wszystkie na półkruchym spodzie. Pomarańczowy był z masą z grzkawego dżemu pomarańczowego i domowej aromatycznej pomarańczowej skórki w cukrze; czekoladowy - z masą z trzech tabliczek gorzkiej czekolady, i fury masła doprawionej jeszcze mocnym gorzkim kakao; kajmakowy - z masą według dwóch róznych przepisów - z litra kremówki, cukru, masła i kilograma krówek. Mazurki robię raz do roku, dla trzech domów, więc nie może być ich mało!


mazurek pomarańczowy


Najgorsza przygoda spotkała mazurek kajmakowy - został postawiony jeszce w wysokiej blasze na kuchennym blacie i przykryty płócienną ściereczką. Niestety, moja kocica miała wtedy ruję, pod moją nieobecność wskoczyła na blat, potem hyc! włądowała się na mój najpięniejszy mazurek i co gorsza zaczęła na nim stepować. Ze łzami w oczach wylizywałam ten kajmak z płótna... Ocalał tylko mały kawałek. Czekoladowego też - ale po prostu ten miał wyjątkowe wzięcie u łakomczuchów :)



Mazurek kajmakowy i czekoladowy - ostatnie kawałki tuż przed pożarciem
piątek, 02 lutego 2007
Restauracja Portucale w Warszawie





W zamiłowaniu do dobrego jedzonka zagladam czasem do cudzych kociołków, w tym restauracyjnych. Ostatnio świętowałam małą rodzinną uroczystość w  warszawskiej restauracji-winiarni Portucale (link tutaj) na ul.  Merliniego, naprzeciwko Warszawianki. Była to moja druga wizyta w tej knajpce i na pewno nie ostatnia.

Bardzo miła obsługa, co niestety nie jest normą w warszawskich knajpach, wystrój przytulny , prosty i stylowy, bez krochmalonych na sztywno obrusów. A przede wszystkim - jedzonko! Wegetarianom zdecydowanie nie polecam tej restauracji, będą rozczarowani - dania są przede wszystkim rybne i mięsne, natomiast mięsożercy i miłośnicy owoców morza powinni być zadowoleni, szczególnie jeśli zamówią grilla w sosie z czerwonego wina na łożu jabłkowym! Odradzam natomiast królika - nic szczególnego, a do tego po zamówieniu go cierpią współbiesiadnicy, gdyż są narażeni na wyjadanie z ich talerzy znacznie smaczniejszych dań. Z deserów polecam krem czekoladowy z orzechami - bardzo gęsty, tresciwy, z mocnej gorzkiej czekolady. Pycha! Prawie tak dobry, jak mój :)

Codziennie są świeże potrawy z serii "polecamy", głównie rozmaite cataplany i dania z owocami morza - dostępne tylko danego dnia, gdyż musza być podawane ultraświeże. Od niedawna restauracja w niedzielne popołudnia proponuje zestawy obiadowe w portugalskim stylu. Na pewno warto się wybrać. Do obiadu koniecznie należy zamówić dzbanek domowego wina, a potem uważać, bo dość mocne, łatwo wchodzi, a że przy dużej liczbie gości trzeba trochę poczekać na jedzenie, to wesołe promile ujawniają swą moc, idąc na równi w dobry humor i w nogi. Co w sumie nie jest złe, bo jak brzmi motto smakosza - lepiej być grubym, wesołym i bogatym, niż chudym, ponurym i biednym! Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim miłego i smakowitego weekendu :))
poniedziałek, 29 stycznia 2007
Tort urodzinowy dla Iokepine



Przemiły weekend upłynął pod znakiem urodzinowej imprezy Iokepine. Obiecałam przynieść sałatkę, ale wkrótce naszła mnie chętka na upichcenie jeszcze czegoś słodkiego. Znalazłam ciekawy przepis na czekoladowe trufle z lukrem, który jakby czekał na tę okazję, lecz już w trakcie wrzucania potrzebnych ingrediencji do koszyka w sklepie stwierdziłam, że przecież nie będę się rozdrabniać - jak już pichcić coś słodkiego, to tylko tort! Klasyczny urodzinowy tort, ociekający czekoladą, alkoholem i kaloriami. Poza tym jakiś cichutki głosik szeptał, że jubilatka w nawale spraw organizacyjnych zgubi gdzieś po drodze tort. Intuicja dobrze podpowiedziała i w dzień imprezy mogłam na rozpaczliwy okrzyk w słuchawce: "Nie mam tortu!!!" odpowiedzieć zrzędliwie zadowolonym tonem:
- Jak nie masz, jak masz! No przecież obiecałam, że zrobię coś słodkiego!

Biszkopt został upieczony według klasycznego przepisu (10 jajek, dwie szklanki mąki, w tym 1/4 ziemniaczanej, 2 szklanki cukru, 2 łyżeczki proszku do pieczenia) w dwóch blachach o średnicy 24 cm, w moim ukochanym piekarniku z termoobiegiem. Ten, kto wynalazł termoobieg, powinien dostać Nobla! W panice, żeby żaden biszkopt nie opadł, krążyłam wokól, czuwając nad ciszą w domu (nawet kot bał się głośniej miauknąć) i mamrocząc:

Biszkopciku kochaniutki,
rośnij duży i złociutki!

Oczywiście po wyłaczeniu piecyka biszkopt posiedział piętnaście minut w zamkniętym piekarniku, potem przez następny kadrans dochodził do siebie przy uchylonych drzwiczkach. Wszystkie te zabiegi sprawiły, że pozostał duży, puszysty i złocisty, jak kazało zaklęcie. Po przekrojeniu na pół dwóch biszkoptów powstały cztery okazałe placki, które zostały nasączone herbatą, mocną aromatyczną Dilmah Earl Grey zmieszaną z wódką. Miał być pasujący do kremu elegancki Kirsh, ale niestety finanse się skończyły i stanęło na swojskiej wódce, która akurat była zachomikowana w szafce. Tort przełożyłam dwoma kremami - wiśniowym, utartym z jajek, masła i domowej roboty wiśni ze słoika oraz czekoladowym, z trzech tabliczek gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao, odrobiny masła i 3/4 litra kremówki. Na wierzch położyłam oczywiście krem czekoladowy - jeszcze nie udało mi się zrobić kremu wiśniowego, który by się nie zwarzył! Wprawdzie nie psuje to w żaden sposób jego smaku, ale niestety obniża walory estetyczne, dlatego krem wiśniowy wylądował jako dwie warstwy w środku, a krem czekoladowy jako warstwa środkowa i wierzchnia. Boki zostały udekorowane czekoladowymi listkami, kandyzowaną skórką pomarańczową i ananasem, czyli bliskimi zamiennikami kandyzowanych wiśni, których nie udało mi się zdobyć, czego nie żałuję, bo i tak wyszło bardzo dekoracyjnie i smakowicie. Wierzch dodatkowo posypałam grubymi kryształkami cukru trzcinowego. Wprawdzie moja precyzja została zniszczona podczas transportu tortu przez pół miasta, a potem wskutek pysznego wina domowej roboty, jakim Iokepine hojnie uraczyła swoich gości, ręka wkładała świeczki (12, na cześć 12 znaków Zodiaku i planety pomyślności Jowisza, który okrąża Słońce w 12 lat) w tort jak popadło, ale i tak jestem zadowolona z efektu!








Tort na zdjęciu nie wygląda należycie okazale, ale pożerało go prawie dwadzieścia osób i starczyło dla wszystkich! Impreza była świetna, wino lało się strumieniami, a na koniec reszta tortu, podczas troskliwego przekładania z użyczonej przez Panią Jazz eleganckiej patery na talerz złośliwie wywinęła kozła i wylądowała w sałatce. Co nie przeszkodziło temu, aby i tak została zjedzona :)


piątek, 26 stycznia 2007
Na miejsca, gotowi, do kuchni start!


Namówiona przez uczestniczki ostatnio zorganizowanej czekoladowej uczty, zakładam niniejszym blog kulinarny  :)


O autorze
Zakładki:
Mój blog